piosenki tła i nowa płyta The Shins

Jednym z moich ulubionych filmów jest Powrót do Garden State. O nim pewnie będzie kiedy indziej, na razie tylko krótko- nie widzieliście, zobaczcie. Widzieliście- zobaczcie sobie jeszcze raz.

Jest w tym filmie taka scena. Pan Główny Bohater siedzi sobie w poczekalni u lekarza, po niedwuznacznej sytuacji z psem przewodnikiem innej pacjentki, poznaje Panią Główną Bohaterkę (graną prześwietnie przez Natalie Portman). Dziewczyna słucha sobie muzyki z takich wielkich, oldschoolowych słuchawek. Pan Główny pyta ją, czego słucha. Uradowana z zainteresowania, które jej okazał, odpowiada, że to zespół The Shins (Pan Główny oczywiście go nie zna), i że ma sobie posłuchać. Ta piosenka zmieni jego życie. Wspomniana scena:

Nie wiem, czy piosenka zmieniła życie Pana Głównego (raczej była to zasługa dziewczyny), wiem natomiast, że zmieniła moje. Od niej bowiem zaczęła się moja przygoda z Shinsami i fascynacja indie rockiem jako nurtem muzycznym życia. Choć sama New Slang użyta w filmie ma bardzo prostą (żeby nie powiedzieć wręcz prostacką) linię melodyczną, jest jedną z tych piosenek tła, przy których można toczyć życie.

O co chodzi z piosenkami tła. Tak sobie wymyśliłam jakiś czas temu, że istnieją takie piosenki, które są fajne nie dlatego, że mają epokowy tekst, czy pełną wirtuozerii linię melodyczną, ale po prostu dlatego, że w ich rytm można toczyć życie. Idealnie nadają się na soundtracki do filmów, bo po prostu uzupełniają moment. Dają mu pewien smaczek, którego nie ma w zwykłej ciszy. I właśnie New Slang jest jedną z takich piosenek. The Shins w ogóle mają sporo takich utworów. Choćby druga z piosenek znajdujących się na soundtracku z Garden State’a:

20 marca ma ukazać się nowa płyta The Shins. Oczywiście jest już dostępna w internecie (ach te nasze czasy…). I ojej ojej, po przesłuchaniu kilku piosenek, szczególnie singla promującego, trzeba się zachwycać! Zespół wyszedł poza bazę piosenek tła i zamieścił na krążku kilka pozycji głównych, które możne nawet będą mogły pretendować do radiowych hitów? (bardzo możliwe, bo wspomniany singiel promujący słyszałam już kilka razy na Roxy)

Trzy powody czemu warto słuchać Shinsów?

1. Ich pan śpiewak, James Mercer ma bardzo charakterystyczny głos.  Serio, usłyszycie go raz, będzie w waszej głowie na długo.
2. Grają jak z innej dekady. Gitarowo do przesady, perkusja słuzy im do nakreślania ram brzmieniowych utworów (nie liczyłabym na dzikie solówki). Taki indie rock do przesady.
3. Ich piosenki są spójne. To znaczy – nie zaskakują może słuchacza, ale też i nie wpuszczają w swoje piosenki jakiejś niepasującej kupy, która rozstraja cały utwór.
———-
(magiczny dodatkowy powód nr.4) pełno pełno piosenek tła, które można słuchać do wszystkich tych momentów życia, które wydają się puste okraszone samą ciszą.

Na deser piosenka promująca nową płytę. Bardzo fajny teledysk i jakże życiowa sytuacja:

indżoj-indżoj
/ND

„to będzie dobry rok bez rocznic i postanowień, bez wspomnień i rozczarowań.”

W 2010 roku poznański zespół Muchy wydał swoją drugą, długo oczekiwaną płytę. Ich debiutancki krążek ukazał się trzy lata wcześniej. Po jego wydaniu grupa zyskała sławę i grono wiernych fanów. „Zyskała” także całą masę oczekwiań, które zaczęto przed nimi stawiać. Po maniakalnym przesłuchiwaniu krążka w dzień i w nocy, w każdym z fanów obudziło się dzikie pożądanie czegoś więcej. Kolejnej piosenki, kolejnej płyty. Oczywiście każdy z tych fanów miał własne wyobrażenie, jak to kolejne… ma wyglądać (czy też raczej w tym przypadku- brzmieć) I tak Muchy znalazły się w bardzo kłopotliwym położeniu. Położeniu zajmowanym przez wszystkich twórców, których debiut okazał się wielkim sukcesem. Odwieczny znak zapytania: jak stworzyć dzieło numer dwa, które utrzyma poziom? (i dodatkowo totalnie zwali z nóg i trafi do serca dotąd nieprzekonanych?) Presja drugiej płyty (ale także: drugiej książki, drugiego filmu, praktycznie drugiego wszystkiego) może albo Twórcę wzmocnić, albo zmarnować.

Jak stało się w przypadku Much?

Zespół postanowił puścić figlarne oko presji i oczekiwaniom. W jaki sposób? Tytułując swoją drugą płytę „notoryczni debiutanci”. Bo co tak naprawdę sprawia, że debiut ma taką siłę rażenia? Jest nieoczekiwany. Wyłania się z nikąd i zachwyca. Rośnie z twórcą od zawsze- jest uzewnętrznieniem czegoś, co kiełkowało od dłuższego czasu, próbując jakoś się uzewnętrznić. Jego zaletą jest olbrzymia wolność. Nie ogranicza nas to, co było wcześniej, oczekiwania kogokolwiek prócz nas samych. Z debiutem wszystko może się zdarzyć. Jest miejsce na pomyłki i złe wybory. Wiadomo, że będzie ich cała masa. Ale nie szkodzi, przecież dopiero zaczynamy naszą przygodę. Notoryczni debiutanci traktują każdy kolejny projekt jako coś nowego. Coś, co gdzieś tam w nich było, jednak jeszcze nie ujrzało światła dziennego. Wkładają w to co robią całą duszę. Zostawiają sobie margines błedu. Przyjmują pomyłki jako część naturalnego porządku rzeczy. Nie boją się eksperymentować. Dają sobie wolność. Nie dają się zatrzymać temu, że może nie sprostają czyimś oczekiwaniom. Po prostu robią.

Tak sobie myślę, że ten koncept jest strasznie genialny i strasznie godny wprowadzenia w codzienne życie. To taki lek na wielki strach przed robieniem czegoś, w czym już próbowaliśmy naszych sił z różnym skutkiem. Jeżeli robiliśmy to coś dobrze, boimy się, że może ten sukces był zupełnie przypadkowy i nie do powtórzenia. Jeżeli wyszło średnio, zaczynamy sie bać, że tak naprawdę nic z tego nie będzie. Takie coś naprawdę paraliżuje i uniemożliwia to, co tak naprawdę jest konieczne, żeby zrobić cokolwiek. Uniemożliwia zaczęcie. Więc od teraz och i ach  (czirliding stosowany vol.1) : notorycznie debiutujmy wciąż i wciąż i zaczynajmy!

pozdrawiam,
/ND