Bit na sobote – publikowany w niedziele, ale u mnie jest dalej sobota!

Chciałabym, żeby sobota na blogu upływała muzycznie- postanowiłam sobie otworzyć nowy cykl notek z muzycznymi smakowitościami, które wspomogą relaks weekendowy, pobudzą do twórczych eskapad i co tu dużo pisać, wprawią w ruch stópki.

1. Julian Plenti „Summertime is comming”

Julian Plenti to solowy projekt Paula Banksa, wokalisty Interpolu. Kto kocha Interpol m.in. za wspaniały głos tego pana, zdecydowanie powinien sięgnąć i po tę propozycję. Piosenki grane pod szyldem Juliana są inne niż produkty całego zespołu, ale mi osobiście podobają się równie mocno.

Julian szykuje chyba drugą płytę.

Pierwsza: Julian Plenti is… Skyscraper.

Piosenka którą chciałam zaproponować na ten weekend to Summertime is comming. Choć wakacje w pełni, nie wszyscy zdążyli się nimi jeszcze nacieszyć. Posłuchajcie tej nutki jeśi chcecie poczuć lato pełną parą.

Julian Plenti – Summertime is Coming przez Shaun_Grungie

2. Spector „Chevy Thunder”

Spector to jeden z wielu muzycznych prezentów, które sprawił mi na przestrzeni tego roku mój Chłop. Wrócił pewnego dnia z pracy z tą piosenką w głowie (wysłyszaną w roxy.fm) i od tego czasu ja też słucham jej wciąż i wciąż.

A teraz się okazało, że Spector zagości na Coke Live!

Wszyscy więc kupujemy bilety, bo będzie się działo och ach!

A piosenka? Trochę o dziewczynie, trochę o samochodzie, ale przede wszystkim o takim postanowieniu rzucenia wszystkiego i po prostu jechaniu przed siebie. Słuchać często i najlepiej z rana, nic tak nie doda energii do zmagań z kolejnym porankiem

Posłuchajcie tylko!

No to tyle na sobotniego bita, w tym tygodniu wszyscy niech słuchają wykonawców coke’owych, bo będzie się działo za te dwa tygodnie.
obrazki:
Paula Banks w wodzie (mniam!)- Photo by Helena Christensen
chevy – http://slickgadgets.com/image002.jpg

Reklamy

Teaching reading IS rocket science /Louisa Moats/

Mam w pracy kontakt ze środowiskiem anglojęzycznym. Można powiedzieć nawet hiperkontakt. Bez płynności i swobody wypowiedzi tutaj ani rusz! Niestety, od czasu liceum i klasy dwujęzycznej mój angielski nieco zardzewiał, dlatego ostatnio postanowiłam nad tym popracować, między innymi czytając ksiązki w tym języku.

No i zaczęłam od tego co było pod ręką, czyli wyżebrane od mojej K. „Devil wears Prada”. Jak to przyznał mój kolega z pracy „It’s no Shakespeare but it’s ok”. No i powiem wam, że początki z czytaniem po angielsku były dla mnie prawdziwą drogą przez Morię. Dlatego dziś postanowiłam zebrać trochę porad dla tych, którzy chcą zacząć to robić.

Nie będę rozwodzić się nad powodami dlaczego warto czytać w obcych językach, jeśli chcecie to robić, to sami wiecie z jakich powodów. Chciałabym natomiast skupić się nad tym, w jaki sposób nie zniechęcać się w początkowej fazie czytania, kiedy nie przychodzi ono z łatwością.

1. Czytaj długo a nie 5 minut.
Dla mnie proces przestawiania się z jednego języka na drugi zajmuje trochę dłużej niż 5 minut. Dlatego pierwsze minuty czytania są trochę zniechęcające. Jeśli przejdę przez ten krytyczny czas, ominę nudne opisy początkowe i po prostu „wejdę w fabułę” proces czytania staje się dużo łatwiejszy. No i co tu ukrywać, także i przyjemniejszy.

2. Czytaj w środowisku gdzie się możesz skupić
To taka trochę głupia porada- wiadomo, jak się cos robi i chce się temu oddać to trzeba sie skupic. Ale powiem moze z doświadczenia- gdy czytałam w bardzo tłocznym autobusie lektura nie sprawiała mi żadnej przyjemności (ale może to dlatego, że gruby pan siedzący obok obrzydliwie dyszał mi na plecy, wiercił się i mnie szturchał). Natomiast w zaciszu domowym, pod kocykiem, przy lampce, leżąc w łóżeczku z współlokatorką, słowa same wbijały się w umysł i nie miałam trudności ze śledzeniem historii.

3. Nie szukaj każdego nieznanego słówka.
To jest bardzo częsty błąd popełniany przez osoby chcące poczytać książkę w języku obcym. Nie rozumiem słówka- sprawdzam w słowniku. I tak na jednej stronie nie znam 10 słówek, na innej 20 i sama ilość szukania tak mnie już wkurza, że rzucam w kąt zarówno książkę jak i słownik.
Mój nauczyciel niemieckiego poradził kiedyś na zajęciach, by czytając tłumaczyć skrupulatnie i słowo-w-słowo tylko co 10 stronę. Bullshit. Dochodząc do tej co dziesiątej będzie nam się chciało pilnie posprzątać pokój, iść po zakupy lub zadbać o higienę jamy ustnej. Ja mam nieco inną radę- jeśli rozumiesz sens zdania- nie tłumacz. Czytaj! Dalej i dalej. Jesli coś Cie bardzo zaciekawi, albo jest konieczne do zrozumienia fabuły- sprawdź sobie. Ale nie zmuszaj się. Czytanie (w każdym języku) ma być przyjemnością a nie drogą przez Morię.

4. Jeśli książka jest nudna- zmień ją.
Ilez razy wybierałam książkę, która była po prostu nieciekawa, albo zbyt trudna. Efekt- po 2 minutach zniechęcałam się do całego pomysłu czytania w języku obcym, rozglądając się po pokoju za jakimś wybitnie rodzimym dziełem pokroju Chłopów. Ta uwaga jest uniwersalna, dotyczy także zwykłych książek- życie jest zbyt krótkie, żeby męczyć się czytając coś, co nam nie pasuje. Nie ma wg mnie nic szlachetnego w czytaniu na siłę „żeby tylko coś skończyć”. Pisał o tym Andrzej w Jest Kulturze (link) and he’s so right!

To tyle fajności udało mi się wymyśleć podczas mojego tygodnia z Diabełkiem ubranym w Pradę.
Ostatnia rada (bo to tak fajnie rzucić jakąś mądrością na marginesie, tak już na zakończenie)

Just read. Mało naprawdę fajnych rzeczy od początku przychodzi z łatwością.

 (źródło obrazka: http://wellreadstudent.com/)

Prometheus has landed. W końcu!

Nie lada atrakcja spotkała mnie w zeszłym tygodniu! Chłop mój zabrał mnie tym razem do IMAXa, żebym poczuła jak to jest w PRAWDZIWYM kinie. Film- oczywiście Prometeusz, jak mogło być inaczej, czekaliśmy na ten film dobre pół roku, jednocześnie narzekając na Euro, że przesunęło datę premiery o cały miesiąc!

Z powodu tej różnicy w dacie ukazania się filmu na ekranach polskich/światowych, kilku moich znajomych miała przyjemność oglądać film przede mną, korzystając z innych ścieżek dostępu. Opinie z jakimi się spotkałam były różne, ale raczej w stronę negatywu, operując takimi stwierdzeniami jak „zawód”, „rozczarowanie” oraz „nie to czego się spodziewałem”. Zaczęłam się bardzo intensywnie zastanawiać, jaki jest sens w budowaniu takiego właśnie zestawu oczekiwań przed obejrzeniem filmu.

No ale powie ktoś- to jest Ridley Scott. Obcy i te sprawy! Poziom oczekiwań ROBI się duży! Sam z siebie. Naturalnie. Po prostu tak. Notoryczna jednak chciałaby w tym miejscu wnieść ogromny i wyraźny sprzeciw- nie nie nie! Nie wpadajmy w Pułapkę Mojego Wyobrażenia!

Co to jest Pułapka Mojego Wyobrażenia?

PMW, to nic innego jak wszystko to, o czym myślimy że będzie jakieś dzieło. Wszystkie te oczekiwania, które z jakichśtam powodów żywimy. Każda emocja związana z tworem przed jego faktycznym doświadczeniem. PMW powstaje w sposób naturalny w umyśle człowieka choć trochę zainteresowanego tym co ogląda/ czego słucha/ co podziwia. Choć posiada naturalne przyczyny, tak naprawdę jest bardzo niszczycielską siłą, która uderza w oba ogniwa doznania twórczego- zarówno w kreatora jak i odbiorcę.

Przestrzeń twórcy zostaje ograniczona w znaczny sposób, ponieważ publiczność już czegoś od niego/niej oczekuje. To dlatego druga książka/film są dla autora najgorsze- nie chce się zawieść oczekiwań fanów, a przecież wiadomo, że te są ogromne. To co się już robiło było dobre, więc ludzie chcą czegoś „w tym stylu” ale nie do końca, bo przecież nikt nie chce oglądać/czytać/słuchać tego samego. Taki twórca zamiast zamknąć oczy i po prostu uzewnętrznić to co ma w środku, zaczyna modyfikować surowy potencjał twórczy, kształtując go na różne sposoby, tak by pasował w jakiś schemat. Tym samym, odziera swoją kreację z pierwiastka Potencjalnej Mózgowybuchowości. Mózgowybuchowy twór (Mindblowing owszem był pierwowzorem) to coś zupełnie innego, coś niespodziewanego, co na zawsze będzie dyktowało pewien sposób odbioru (taka Incepcja czy Władca Pierścieni). Dzieło mózgowybuchowe nie powstaje często, właśnie dlatego, że twórcy popadają w pułapkę czyjegoś wyobrażenia.

Z drugiej strony, budując sobie cały zestaw oczekiwań, odbiorcy po pierwsze blokują sobie dostęp do dzieł fajnych, które skreślili tylko dlatego, że przypięli im jakąś mało pozytywną etykietkę (i tak ja pominęłam na liście lektur sagę Millenium, a współlokatorka mi tu od kilku godzin ślepnie nad końcówką pierwszego tomu). A po drugie, narażają się na wielkie rozczarowanie, myśląc że dany film/książka/płyta są o tym i o tamtym kiedy tak naprawdę można w nich dostrzec zupełnie inny wymiar, niedostrzegalny kiedy się wepcha do jego przestrzeni z całym zestawem uprzedzeń i przekonań że będzie tak i tak. Wymiar ten jest często równie bogaty co ten założony w naszej głowie.

Taka myśl- czy nie lepiej doświadczać/tworzyć rzeczy, mając w głowie czystą kartkę, bez ustalonego koloru papeterii, czy irytujących znaczków na marginesie? Mam taki postulat dla siebie i zainteresowanych, żeby przez jakiś czas:

1. przestać czytać recenzje i zapowiedzi i po prostu zanurzyć się w dzieło

2. nie narzekać na filmy/książki, że nas zawiodły, tylko próbować na nie spojrzeć jakby w oderwaniu od obrazu autora, który gdzieś tam mamy w głowiach

3. otworzyć się na potencjalną mózgowybuchowość wszystkiego i o każdej porze.

—————————————————————————————————————-

A Prometeusz? Dla mnie bomba- bardzo mocne 9/10

Jeśli:

– lubicie ładne, dopracowane graficznie filmy,

– macie ochotę na film o innych planetach i statkach kosmicznych,

– kochacie Charlize Therone i Michaela Fassbendera (WSPANIALI w swoich rolach!!! )

– chcecie na kilka godzin przenieść się do innej rzeczywistości,

– chcecie poznać inny pomysł na początek świata,

– chcecie zobaczyć fajny film,

 

MARSZ do kina na Prometeusza! Jest wspaniały i już.

a IMAX Experience- warto dopłacić te parę złotych i dać się zachwycić!

It’s the end of the world…. and you KNOW it.

Jak ja dawno nie oglądałam Keiry Knightley! Normalnie się stęskniłam. Jakoś ostatnio się ociąga i grywa w zaledwie paru filmach rocznie! Ale w zeszłym tygodniu mogłam znów nacieszyć oczy widokiem jej smukłej osoby- bo i gdyż, Chłop mój zabrał mnie ostatnio NA FILM (tak, to już ten etap związku…) „Przyjaciel do końca świata” i tam właśnie grała Keira i Steve Carell. I podobało mi się bardzo!

Pewnie ciężko się domyślić, ale film jest o końcu świata. Ostatnie próby podejmowane przez ludzkość w celu zniszczenia śmiercionośnej asteroidy, która zbliża się do ziemi zakończyły się fiaskiem. Ziemi i wszystkim jej mieszkańcom pozostał miesiąc życia… Jak wy spędzilibyście ten czas?

Tak sobie myślę, że to strasznie fajne pytanie. Ilu ludzi, tyle pewnie pomysłów.

Jedni po prostu uciekają. Choć w sumie nie ma dokąd, choć nie ma jak, po prostu zatrzaskują za sobą drzwi i biegną przed siebie, w nadziei na to, że istnieje gdzieś miejsce, w którym wyrok okażę się nieprawdą. Biegną ile tchu w płucach, ile sił w mięśniach. Tak jakby sama czynność ucieczki pozwalała jakoś pogodzić się z losem.

Drudzy oddają się wszystkim dotąd odmawianym sobie przyjemnością życia. Piją, tańczą, uprawiają seks, biorą narkotyki, śpiewają na całe gardło i opychają się jak tłuste świnki. Plują na dotąd obowiązujące ludzkie konwenanse i próbują „chwytać dzień” tak jak nigdy przedtem.

Są też tacy, którzy nie chcą oddać swojego życia czemuś, na co nie mają wpływu. Decydują się na samobójstwo. Czy to samodzielnie, czy to przy pomocy płatnych zabójców, postanawiają wielkiej asteroidzie pokazać środkowy palec i zawołać ostatnie „in your face!”.

Jest też grupa ludzi, którzy mimo wszystko wierzą, że uda im się przetrwać. Wyposażają podziemne piwnice w zapasy i wszystko co może być potrzebne w ocalałym świecie. Nie dopuszczają do siebie myśli, że koniec to koniec. Są przecież przygotowani na każdą okoliczność!

Inni ze wszystkich sił próbują zachować pozory normalności. Wstają rano i idą do pracy, wykonują swoje obowiązki z wielką starannością. Co można poradzić? Trzeba żyć dopóki można. Skoro przez 40 lat egzystowało się w taki sposób, nie ma co się oszukiwać i zmieniać wszystko tylko dlatego, że wielka asteroida zbliża się do ziemi.

I są jeszcze tacy, którzy w bardzo ludzkim odruchu chcą w swoich ostatnich chwilach być z bliskimi. Decydują się przemierzyć wielką wodę, przebyć pustynię, udać się tam i jeszcze dalej, byle tylko odnaleźć te kilka osób, które mają dla nich znaczenie.

Takie rozwiązania są pokazane w filmie. Choć recenzje i opisy sugerują, że jest to kolejna historia miłosna, nie dajcie się zwieść. Tak naprawdę to piękna opowieść o tym, jak człowiek próbuje ogarnąć koniec i znaleźć na niego jakiś sposób.

Macie jakieś swoje?

——————————————————————————————————————-

Co do samego filmu- solidne 7/10

 

Warto zobaczyć bo:

– solidnie wykuto klimat zagłady i końca, można się w niego fajnie wczuć i np. spróbować samemu odpowiedzieć sobie na pytanie z tematu;

– jest w filmie bardzo fajna muzyka;

– jest Keira! och i jest Steve! i ten pan z CSI Las Vegas w śmiesznej roli piątoplanowej

– film skłania do przemyśleń i zostawia człowieka troszeczkę innym niż był przedtem.

Przemyślenie na marginesie- Steve Carell to jest taki człowiek, że chyba nie można z nim mieć na ekranie chemii. Nie ważna jaka aktorka, w jakim wieku i z jaką przeszłością, on jest chyba totalnie przytwierdzony do swej małżonki i z nikim innym nie będzie już takiego czegoś… A żona jego gra z nim nawet w tym filmie! :) I wystarczy popatrzeć na jedno ich zdjęcie by widzieć, czemu tej chemii nie ma z nikim innym.

 

(źródło obrazka: http://tvfilmnews.com/)