Pomóż sobie sam.

 Dziś będzie problem do przemyślenia (och! ach!)

Taki z cyklu- jak to naprawdę  w tym życiu jest.

Ale najpierw anegdota.

Na początku tego roku postanowiłam sobie próżnie przyinwestować w soczewki. No i wspaniale. Zabookowałam wizytę w vision express, a jakże, niechaj moje oko będzie obsłużone profesjonalnie. Okazało się, że są ludzie stworzeni do noszenia soczewek, oraz jestem ja- może i ponoszę, ale cholerstwa sama z oka nie wyjmę. No po prostu masakra. Po godzinnym tutorialu nie wiem nawet kto był bardziej spocony- ja czy Pani optometrystka (która by the way po mojej wizycie od razu poszła na przerwę). W końcu, po wielu różnych kombinacjach znalazłyśmy soczewki, które mogłam wyjąć o własnych siłach (zajmowało mi to 37minut, ale przynajmniej akcja zakończyła się sukcesem). No i tak odeszłam z salonu z nowym nabytkiem i wielką obawą w myślach. Przez pierwsze kilka dni przyjaciółka czekała pod telefonem w godzinach wieczornych, by przybyć w razie czego z odsieczą (choć nie bardzo sobie to wyobrażam, bo nienawidzę gdy ktoś zbliża mi się do twarzy) Po miesiącu soczewki się skończyły, a że próżność była już połechtana, zachciało mi się spróbować innych, o nieco dłuższym cyklu życia.

Zamówiłam sobie przez internet. No i wszystko fajnie, soczewki fajne, ja zadowolona i generalnie nowy zakup wprawił mnie w doskonały nastrój typowy dla warszawskiej galerianki po udanej shoping spree. To trwało mniej więcej do wieczora, gdy znów miałam się zabrać za wesołe wyciąganie. I co? I SAJGON. Żadną miarą. Po półtorej godzinie, morzu wylanych łez i podejrzeniu uszkodzenia rogówki w końcu wylazły. Ale ja już nie miałam ochoty ich zakładać więcej….

Ale oczywiście założyłam znowu i znów to samo. Mój Chłop w ramach akcji „wspierajmy pokrzywdzonych” monitorował moje kolejne godzinne zmagania będąc na głośnomówiącym. Trzeba przyznać, że 60 minut „będzie dobrze”, „dasz sobie radę”, „zaraz wyjdą” i „bądź dzielna” z jednej strony bardzo wzmocniły naszą relację, z drugiej przyczyniły się do mojej wielkiej chęci wywalenia komórki przez okno.

No i wtedy spróbowałam pomóc sobie sama- najpierw popytałam soczewkowych znajomych o ich sprawdzone metody wyjmowania (”no co Ty! to jest takie proste! jak możesz mieć z tym problem” -so suportive and helpful!) a potem postanowiłam zrobić to co powinnam zrobić na początku. Zastosowałam się do złotej zasady:

I tak znalazłam sobie przemiłą panią o azjatyckich korzeniach, która w tym oto filmiku instruktażowym nauczyła mnie jedynego sposobu na wyjmowanie soczewek, który naprawdę działa dla mnie:

ta- daaaam! nie jestem pewna co powiedzą moje oczy po dłuższym czasie bawienia się w takie właśnie praktyki, ale póki co- jest dobrze. jest wspaniale. Mogę wyjąć soczewki w 3 minuty! Viva youtube!

No i tak ta przygoda sprawiła, że zaczełam się zastanawiać- kurde, czyż to nie jest jedyne słuszne podejście- próbować coś sobie naprawić samemu? Just google it, do it yourself w pierwszej kolejności, nim zacznie się zawracać dupę/głowę innym ludziom/ wybuli kokosy na specjalistów/ umrze się z wycieńczenia? Tym bardziej dochodzę do tego wniosku, kiedy patrzę na moją korpopracę. Kto nie wie- w mojej korpopracy próbuję pomóc ludzikom którzy mają jakieś problemy z komputerami (co jest największą ironią życia EVER- kto wie jak skończył mój poprzedni laptop Lenny wie już wszystko).

Moi użytkownicy dzielą się na dwie kategorie: Ci co dzwonią z rzeczami o których nie mam pojęcia, oraz Ci co dzwonią z rzeczami które mogliby sobie zrobić sami przy odrobinie inicjatywy. Codziennie odbieram przynajmniej jeden telefon od kogoś, kto jest albo zbyt leniwy żeby sobie poczytać instrukcję obsługi i zasoby internetu albo po prostu nie wie, że można sobie pomóc samemu.

przykładowy dialog:

– zawiesił mi się komputer.

– ok, próbowałeś restartować?

– nie, powiedziano mi, żeby w razie problemów z komputerem zadzwonić do was.

– ok. spróbuj zrestartować.

A wystarczyłoby zobaczyć choć pół odcinka IT crowd:

I wczoraj gadałam sobie tak na ten temat ze znajomymi na mieszkaniu i przytoczono mi argument inny- a co jeśli próbując sobie pomóc w istocie popsuje się coś bardziej (kompa, myszkę, OKO)

Według mnie- tak. istnieje takie ryzyko.

Nawet bardzo duże.

Ale dla mnie te rzeczy które niosą z sobą ryzyko, dają potem najwięcej satysfakcji.

A co myślicie Wy?

kiss kiss,

Notoryczna

Reklamy

One thought on “Pomóż sobie sam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s