postanawiajmy!

Dziś będzie znów tak trochę pseudo-filozoficznie.

Tak sobie siedzę z K. po kolejnym dniu dorosłości- ja na łóżku w dresach i kocu, ona przy biurku w swoich dresach i (w sumie nie wiem czy) swoim kocu i zaczynamy nasz projekt creativity. Po prostu, już dosyć tego wracania z roboty do naszego pięknego mieszkania, walenia się na łóżko i w moim wypadku- maniakalnego oglądania seriali, w K- popołudniowej drzemki lub niepłatnych nadgodzin. No i tak postanowiłyśmy godzinę codziennie spędzić na swoich projektach różnych. Tym wszystkim czym zawsze się chcemy zająć ale też i zawsze coś staje na drodze.

No i tak mnie naszła refleksja taka, żeby sobie wyznaczać plany. Żeby co sił w płucach postanawiać. Żeby mieć coś zawsze na horyzoncie. W zanadrzu jakby.  Coś do czego się idzie, nawet gdy wybieramy dziwne drogi i często błądzimy.

Bo inaczej się nie chce robić nic. Jak się jest dużym, to się nawet człowiek czasem cofa. Jakoś tak jesteśmy w większości skonstruowani, że bez ram jakichś i planów mało co robimy. Dlatego chyba jest szkoła taka jak jest- są wyznaczone godziny i lekcje, teraz się uczysz tego, potem tamtego, egzamin końcowy obejmuje to i to. Czy są ludzie, którzy umieją sami sobie wyznaczać co i jak, realizować się pełną gębą nie patrząc za siebie? Jasne, że tak. Ja jednak do nich nie należę.

Dlatego właśnie postanawiam sobie dzisiaj postanawiać różne rzeczy.

Czemu warto sobie postanawiać?

– bo to pozwala nam skupić się na tym czego chcemy. żeby sobie coś postanowić, trzeba zadać sobie pytanie- co chcę sobie postanowić. A wiedzieć czego się chce to zawsze o krok bliżej niż leżeć na łóżku i oglądać kolejny odcinek Plotkary

Co można sobie postanawiać?

-absolutnie wszystko co sprawi, że będziemy na coś czekać z niecierpliwością, mieć czego oczekiwać. Trochę o tym mówiłam już wcześniej- po studiach oś czasu zatrzymuje się w miejscu i na kolejne przełomy trzeba czekać długo. Moja propozycja- mini przełomami sobie zapełnić czas!

Jak należy sobie postanawiać?

– bardzo konkretnie i bardzo elastycznie.

Dla mnie to działa- żeby powiedzieć sobie- tak napiszę notkę na notoryczną dziś właśnie dziś! Ale potem gdy już piszę, okazuje się, że dziś artykuł wyszedł średni- ale mam już 3/4 napisane, więc jutro mogę poprawić i w sumie wszechświat się nie zawali jeśli data mi się przesunie o ten jeden dzień.

Super Ważny Warunek- datę można przesuwać PO ZROBIENIU jakiejś części czegoś. W przeciwnym wypadku to będzie po prostu prokrastynacja…

– bardzo otwarcie i bardzo z uśmiechem

Czyli- mówię ludziom co postanawiam i co wynika z realizacji tego postanowienia. Raz, że głupio będzie potem powiedzieć- nie jednak nie ratuję świata, a dwa – to napędza też do działania, takie opowiadanie o tym co się chce robić/robi

Co więc ja postanawiam?

– Postanawiam Ci ja czytać ruskie książki. Do końca roku na pewno, potem się zobaczy. Na miejscu mam Pielewina, więc od razu zacznę od niego (choć będzie ciężko bo mam go po rusku tylko…)

– Postanawiam (oilesięda)codziennie spędzić godzinę na swoich «projektach»- tym wszystkim co chcę robić i w czym chcę się rozwijać.

Reading List:

1. Viktor Pielewin pi3

2. Fiodor Dostojewski – Bracia Karamazow

(och jak dobrze się składa, że obie pozycje mam w domu gotowe do lektury)

Reklamy

Bez sztucznych spulchniaczy, wszystko to co najlepsze- analiza The Walking Dead

Na początku października do ramówki stacji AMC powrócił jeden z najfajniejszych seriali ever made. Mam na myśli oczywiście the Walking Dead– serial w którym jest absolutnie wszystko, czego widz szukający dobrej rozrywki może sobie wymarzyć. Doszło nawet do tego, że oglądanie kolejnych epizodów stało się dla mnie i mojego Chłopa rytuałem na miarę Inglisz Fajw Oklok. Przy gorących bułeczkach czosnkowych i herbacie, co poniedziałek zasiadaliśmy przed Chłopa Wypasionym TiVikiem na 40 minut rozrywki bez granic. Dziś będzie więc o tym jakie są trzy najważniejsze powody, dla których każdy (nie tylko fani zombiaczy) powinien zacząć oglądać ten serial.

1. Dlatego, że jest dobry. Niezmiennie.
Jako wielka maniaczka seriali myślę, że mogę wyrażać w miarę ugruntowane opinie na temat ich fizjonomii. Prawda jest taka, że patrząc na przekrój odcinków składających się na sezon fajnego serialu, w większości wypadków mamy do czynienia ze stałym schematem fabuły. Na rysunku 1 moja baaardzo uproszczona próba zarysowania tego wzorca:

Mamy początek sezonu.
Zaczyna się czymś naprawdę fajnym, przykuwającym uwagę widza. Niesłychana intryga, arcyciekawe ułożenie zdarzeń, coś interesującego co sprawia, że serial przyciąga i sprawia, że widz zaczyna oglądać właśnie ten serial (poziom super-duper, czasem przemegawspaniałe że heej!).
W miarę rozwoju serialu, z każdym kolejnym odcinkiem zaczyna on zarysowywać pewien wzorzec fabuły. Odcinki zwykle wyglądają podobnie (np. w serialach medycznych kolejno koncentrują się na rozwikłaniu innej zagadki, uleczeniu innego przypadku. Schemat wygląda tak: przychodzi pacjent z chorobą, długi czas dochodzenia do diagnozy- diagnoza mylna- w końcu rozwikłanie zagadki). Zwykle gdzieś na święta i początek roku następuje mid season przerwa w emisji seriali. Scenarzyści dbają, by ostatni odcinek przed był pełen emocji i z wyraźnym plot- twistem, który zachęci widzów do oglądania serialu po miesiącu czy więcej rozłąki. Po tej przerwie serial powraca do swojego schematu (poziom fajności w oczach widza zaczyna powolutku spadać) i w końcu, na sam deser, czyli odcinek finałowy  znowu mamy do czynienia z czymś pełnym napięcia, interesującym i zachęcającym widza do dalszego oglądania serialu w kolejnym sezonie.Takie już są niepisane prawa seriali, większość produkcji wpisuje się w zaprezentowany schemat.

Ale the Walking Dead jest inny. Przyjrzyjmy się analizie dwóch sezonów które dotychczas mieliśmy przyjemność oglądać:

Sezon 1


Zaczyna się po prostu przepysznie. Widz wciąga się w treść praktycznie automatycznie- klimat serialu jest ciężki, absorbujący, niczym serialowe zombiacze chwyta widza za kostki i wgryza się i zaraża sobą. Te pierwsze kilka odcinków zobaczyłam praktycznie w ciągu, bez przerw na siku. Kiedy główny bohater znajduje swoją rodzinę możemy zauważyć lekki spadek formy serialu, ale nie aż tak drastyczny, by pozostawić niesmak. Mimo mniej interesujących zwrotów akcji, serial nadrabia dużo napięciami które tworzą się pomiędzy bohaterami. Ich interakcje są naprawdę ciekawe, głównie dlatego, że serial stroni od niepotrzebnych wątków romantycznych. Mamy pary, mamy zdrady, ale nie ma tych wszystkich- kocha czy nie kocha- które sprawiają, że męska część widowni idzie po kolejne piwo do lodówki. Potem jest już tylko lepiej, każdy kolejny odcinek wciąga coraz bardziej, emocje utrzymują dobry poziom do finałowego odcinka. Co ciekawe, serial nie kończy się plot-twistem (!) Scenarzyści nie musieli uciekać się do podobnych praktyk. Widz i tak powróci.

Sezon 2


Tutaj mamy już znacznie większe pole do popisu. Kiedy na bieżąco śledziłam odcinki nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale tak patrząc na te moje bohomazy  to faktycznie muszę przyznać, że był to sezon wyśmienity, pełen zwrotów-przytupnięć-piruetów. Mój pseudo graf tworzy coś na kształt burzliwego odczytu wariografu i faktycznie cały ten sezon taki właśnie był – pełen momentów przyspieszających bicie serca. Nudności mogę wskazać dwie, ale obie były równoważone przez późniejsze mega zwroty akcji, przez co w moich przynajmniej oczach- wszystko wybaczono.

Podsumowując- warto oglądać Umarlaków, bo trzymają poziom stale. Odcinki nie mają utartych schematów- w każdym może stać się dokładnie wszystko. Może zginąć KAŻDY (pod tym względem serial przypomina trochę Grę o tron), może się okazać coś co zaburzy wszystko co było do tej pory itd.

2. Serial serialem, ale Ci bohaterowie!
Zauważyłam w serialach też i taką prawidłowość, że nie jest często tak, by była i wciągająca fabuła trzymająca na brzegu fotelu i złożeni, bogaci bohaterowie. To powiem może na przykładzie Chirurgów. Jakoś tak jest, że postacie tam w pierwszych sezonach były złożone i pełne cieni różnych, ale ilekroć był jakiś odcinek akcji (dajmy na to – bomba w szpitalu, wielka kolizja statków itd) bohaterowie zostają zepchnięci na dalszy plan i wszystko kręci się wokół ukazania tego danego nieszczęścia. To w sumie bardzo naturalne i wcale tego nie potępiam.

W Walking Deadach jakimś cudem jednak te wszystkie elementy są równocześnie! Bohaterowie pośród całego tego okropieństwa, pośród zabijania zombiaków na prawo i lewo  pokazują wszystkie odcienie szarości swoich osobowości i jest to po prostu doskonałe. To jest torcik z nadzieniem, którego brak w tak wielu innych produkcjach! Każdy bohater ma co najmniej pięć twarzy (o dziwo, nawet najmłodszy ‚ulubieniec’ wszystkich Carl), którymi żagluje w zależności od sytuacji. To jest to właśnie, że choć scenariusz ataku zombich nie należy obecnie do najbardziej realistycznych, jakimś cudem dzięki tym postaciom i zdarzeniom naprawdę MOŻNA uwierzyć w taki rozwój wydarzeń. Można przymknąć powieki tak wiecie, na pół oka i widzieć praktycznie i czuć te hordy głodnych zombiaków ścigające nas w każdej chwili. Zastanawiam się nad rozwojem zdarzeń w sezonie trzecim, w którym zapoznamy się z zupełnie nowym zestawem bohaterów. Ciekawa jestem czy uda im się utrzymać poziom.

3. Nie ma zmiłuj się, nie ma że boli, nie ma że już nam się nie chce.
Ten punkt trzeci odnosi się w sumie do kilku kwestii. Po pierwsze, póki co scenarzyści nie zepsuli serialu czymś co nazywam „epickim ocaleniem”. Wiecie co mam na myśli? To jest takie coś, że sprawa jest zupełnie beznadziejna, naprawdę taka z cyklu „śmierć w oczach- krzyż na drogę”, ale ponieważ główny bohater ma trzyletni kontrakt podpisany ze stacją i tak wiemy, że w magiczny sposób przeżyje (Mam teraz w głowie niesamowite powroty do życia rodzeństwa Winchesterów w Supernaturalu, że już nie wspomnę o Chirurgach i ich np. dwuodcinkowym reanimowaniu Meredith która dawno powinna już zostać pochowana). Dla mnie takie coś naprawdę psuje serial. Jak już tworzymy sytuację śmierciopochodną, to nie bójmy się zabić tego czy innego bohatera. Im bardziej główny tym lepiej. I nie czyńmy z tego jakiejś grubszej sprawy (jak w ostatnim finale Chirurgów). Szanuję serial, który nie patyczkuje się z bohaterami. Inną kwestią która także odnosi się do tego punktu jest obecność w serialach tzw. sztucznych ulepszaczy. Wiecie, to takie te niesłychanie głupie, totalnie z dupy momenty, które sprawiają, że patrzysz w ekran z niedowierzaniem i mówisz po cichu do siebie „WTF?!”. Jakieś duchy narzeczonych w serialu medycznym, wszystko to co się działo w Lostach po drugim sezonie, zejście się Nicka z byłą w Jess i chłopakach. No come on. Jeśli się nie ma pomysłu na odcinki serialu i fajne plot twisty, to trzeba skończyć serial. A nie wymyślać jakieś sztuczne spulchniacze, które mają ukryć puste treści.
No i właśnie póki co Walkin Deadzi nie próbują nas faszerować takimi okropnościami i za to im chwała. Same nauralne składniki. Zresztą czy Zombiacze trzeba ulepszać? Resident Evil próbuje- mam na myśli te okropne kwiatko-szczęki które mają tamtejsze umarlaki (gdzieś tu w notkach wcześniej było zdjęcie) i co? I sala kinowa na Residencie była pusta… Nie warto!

Mam tylko nadzieję, że teraz nie okaże się, że ja tu chwalę, a trzeci sezon będzie śmierdzący… Póki co jest dobrze- pierwszy odcinek kończy się plot twistem i już widać, że serial jeszcze zaskoczy.

Pożyjemy, pooglądamy, zobaczymy.

 

Oglądajmy filmy!

Mój Chłop ma takie coś, że umie wyczajać dokładnie takie filmy jak ja lubię. Bez kitu. Jakoś tak wie, co mi się spodoba i dokładnie takie filmy mi prezentuje. Gotta love him for that. W ten łikend nie było inaczej. Chciałabym polecić dwa bardzo ciekawe, bardzo inne, bardzo fajniutkie filmy do zobaczenia na każdą okazję.

1. Safety Not Guaranteed
Już sam tytuł zachęca, prawda? Tak naprawdę ten film nie gwarantuje niczego. Może porwać, ale myślę, że może też i pewien typ widza zanudzić, w zależności od tego jak podchodzi się do kina jako takiego. Mnie zachwycił.
Historia jest prosta- dziennikarze jednego z amerykańskich magazynów natrafiają na bardzo tajemnicze ogłoszenie, którego autor poszukuje partnera do podróży w czasie. Tytułowo nie gwarantuje bezpieczeństwa, całą sprawę traktuje bardzo tajemniczo, nie chcąc zdradzać zbyt wielu szczegółów. Zaciekawieni dziennikarze postanawiają odszukać autora tego ogłoszenia oraz dociec do sedna tego „co jest z nim nie tak”. No bo przecież, czy można być normalnym człowiekiem i twierdzić, że podróże w czasie są możliwe  Raczej nie… No w takich już nieromantycznych czasach przyszło nam żyć. Film zachwyca, bo nasuwa bardzo fajne pytania, na które w sumie warto sobie odpowiedzieć:
Czy inne zawsze musi być szalone? Czy jeśli ktoś w coś bardzo-bardzo wierzy, to czy to się może stać możliwe? Ale film ma też cały ogromny sens przyziemny. Zadaje pytanie- czy chcę iść przez życie z kimś? Czy jestem w stanie zaakceptować czyjąś wyjątkowość, dziwność, kłopotliwość?
Mam z tej okazji fajny cytat na ten temat:

To go it alone or to go with a partner. When you choose a partner you have to have compromises and sacrifices, but it’s a price you pay. Do i want to follow my every whim and desire as I make my way through time and space, absolutely. But at the end of the day do I need someone when I’m doubting myself and I’m insecure and my heart’s failing me? Do I need someone who, when the heat gets hot, has my back?

/Iść samemu, czy z partnerem? Kiedy wybierasz partnera, musisz iść na kompromisy, dokonwać pewnych poświceń, ale jest to cena, którą musisz zapłacić. Czy chcę podążać za każdą moją zachcianką i pragnieniem, kiedy znajduję swoją drogę w czasie i przestrzeni- absoultnie! Ale koniec końców, czy potrzebuję kogoś, gdy zaczynam wątpić w siebie, czuję się niepewnie,a mój duch mnie zawodzi? czy potrzebuję kogoś kto, kiedy robi się coraz goręcej, ubezpiecza mnie?/

Warto zobaczyć i się zachwycić tym wszystkim. W sumie to w każdym typie związku między ludźmi safty is not guaranteed.

2. Ruby Sparks
A to z kolei historyjka o pisarzu, który napisał sobie idealną dziewczynęm któa w niewyjaśnionych okolicznościach materializuje się w jego mieszkaniu. I to jest jedyne zdanie które można napisać bez przesadnych spoilerów. Film ten warto zobaczyć, bo pokazuje jeden z najbardziej wymarzonych scenariuszy osób które mają swoje drugie połówki.

Co by było gdyby nasza druga połówka była dokładnie taka, jak chcemy? Wesoła. Albo pełna intensywnych emocji. No po prostu- taka, jak chcemy? No właśnie, film pokazuje, że zasada Be carefull what you wish for ma zastosowanie zawsze-zawsze. Pokazuje co by się stał, gdybyśmy mogli sobie wpływać na zachowanie naszej drugiej połowy. Gdyby dana nam była opcja kształtowania związku na naszą własną modłę.

Co z tego wszystkiego wyszło? Oczywiście polecam zobaczyć w Ruby Sparks.
Ale to dobra okazja, żeby przekonać się, że tak naprawdę nie chcemy, by wszystko szło pod nasze dyktando. Że wyjątkowość naszej drugiej połowy wynika właśnie z jej indywidualności i niezależności. Z jej osobistych wyborów.

 

Krótki kurs podróżnikowania

Podróżnikowanie to taki sobie sposób doświadczania świata przez podróże. Myślę, że różni się od zwykłych, znanych wszystkim podróży, przede wszystkim dlatego, że tak sobie postanowiłam. Każdy lubi być wyjątkowy. Po prostu.

Podróżnikowanie to jest wtedy, kiedy ktoś jeździ sobie po świecie po swojemu. Na swój sposób doświadcza świata. Gdy siedzi za długo w jednym miejscu, odczuwa taki sobie, nieopisany głód drogi, ruchu i zmiany. Nie przepada za turystyką zorganizowaną, bo sam sobie organizuje wszystko jak chce. Dodatkowo najczęściej jest to osoba bez pieniędzy, z ograniczoną ilością czasu i wielkim poczuciem własnej wyjątkowości.

No i tak sobie właśnie, zgodnie z moją romantyczną definicją podróżnikuję czasami. A, że nie jest to czynność zupełnie chaotyczna, po ostatnim podróżnikowaniu po Ołomuńcu przyszedł mi pomysł na kilka wskazówek na ten temat.

1. Nie planuj za dużo, plany zwykle i tak nie wychodzą.

Kiedy rok temu byłyśmy na Bałkanach (czy to już półtorej?), zaplanowane mieliśmy wszystko. Każdy szczegół trasy był dokładnie opisany, z wyraźnym planem na każdy dzień. Każdy dzielił się obowiązkami oraz rzeczami do zabrania. Wiedzieliśmy w którym miejscu trasy będziemy mniej więcej którego dnia. Wiedzieliśmy co będziemy jeść przez te dwa tygodnie wycieczki. Liczba niewiadomych została zredukowana do minimum.

Teraz postawiłyśmy na spontana- nie byłyśmy nawet do końca pewne, czy mamy gdzie spać. I powiem Wam, że bawiłam się świetnie. Nie wiedziałam co zobaczę, więc wszystko było dla mnie zachwycające i fajne. Nie wiem, co jeszcze mogłabym zobaczyć, bo nie czytałam nawet krótkiego opisu miasta przed wyjazdem, dlatego też nie jest mi żal.

Oczywiście nie polecam zupełnej wyprawy w ciemno, bo można się brzydko zasmucić i zestresować i po co to wszystko. Ale na pewno nie warto fixować na punkcie każdego detalu. Z mojego doświadczenia- te najbardziej godne zapamiętania widoki/ atrakcje/ doświadczenia zdarzają się po drodze, gdzieś pomiędzy wierszami planu. Gdy np. zgubi się największą katedrę na Morawach i trzeba nadrobić kilometrowym spacerem po pięknym, jesiennym parku.

2. Znajdź swój sposób na miasto.

Tak sobie myślę, że to jest ważny punkt. Szczególnie jeśli jeździ się w większych gromadach. Każdy człowiek jest inny. Coś innego mu odpowiada i go zachwyca. Czegoś innego w swoim podróżnikowaniu oczekuje.

Mam kolegę, który za punkt honoru przyjmuje zwykle zobaczyć wszystko- wszelkie zabytki kultury, wpisane do przewodników atrakcje, miejsca godne zobaczenia.

Mój Chłop z kolei ma bardzo fajny zwyczaj próbowania różnych rzeczy w miejscach które odwiedza- jedzonko i picie to obowiązkowy item na jego liście, bez tego chyba nie czuje do końca klimatu miasta.

A. lubi widzieć jak ludzie się bawią, jak spędzają wolny czas.

Ja w sumie lubię to mieszać. Lubię oglądać zabytki, ale czwarty kościół z kolei nie zachwyca mnie za bardzo (no chyba, że czai się w nim dziecko z Panem Penisem). Lubię trochę pokosztować specjałów, pogadać z kimś miejscowym i posłuchać miejscowej muzyki. Myślę, że trzeba sobie zadać po prostu pytanie- jak chcę spędzić ten czas? Mamy tak mało wolnego, że lepiej spędzać go tak jak lubimy. A i z wycieczki lepiej zapamiętamy to, co naprawdę jest dla nas ważne.

Jeśli chcesz podróżnikować, musisz to sobie określić. Czy chcesz gadać z miejscowymi? Jak tak, to zagaduj, albo śpij na couchsurfingu. Czy chcesz próbować miejscowej kuchni? Poszukaj w mieście taniej knajpy. Ciekawi Cię nocne życie? Wyjdź wieczorem do centrum i idź tam gdzie ciągnie najwięcej ludzi, albo popytaj gdzie warto się pojawić.

3. Ufaj znakom.

Większość dobrych podróżnikujących ufa znakom. Ufa i bardzo często robi coś przeciwnego. W zależności od tego, jakiego typu to jest znak. Na przykład, jeśli przyjeżdżasz na dworzec główny do Ołomuńca i od razu masz tramwaj do swojego punktu docelowego, to znaczy, że coś Ci sprzyja i podróż będzie udana. Wierz w to i baw się dobrze. Jeśli ogromny znak pokazuje Ci strzałką, ze najkrótsza droga do kościoła znajduje się tam i tam- to pewnie tak naprawdę jest i idąc odwrotnie (mimo całkiem logicznego rozumowania, że coś wydaje się bliżej w tamtą stronę) pewnie nadłożymy drogi. Ale lekka nieufność znakom może w tej sytuacji doprowadzić do odkrycia czegoś fajnego. Więc ufajmy znakom wybiórczo.

PS. A. wybacz, ze Ci ucięłam buzię, ale nie wiedziałam czy pragniesz rozgłosu… Zdjęcia- exclusive content from trip:)

Plug it in, change the world / You are my electric girl

Dziś Notoryczna wkroczy na grunt nieco bardziej… hmm… chciałoby się pokusić o słowo „filozoficzny” ale cóż, nie jest to filozoficzność taka w ścisłym tego słowa znaczeniu, a właśnie taka ta popkulturalna, bo co do innej to mam głowę pełną wątpliwości.

W czym rzecz? Zebrało mi się na przemyślenia. Takie z cyklu- dorosłość śmierdzi!

Przez większość mojego dorosłego życia, z wielką niecierpliwością oczekiwałam, aż nastanie COŚ. Taki moment jak na filmach. Wiecie o co mi chodzi? Nagle bohaterowie oddają się ŻYCIU! właśnie takiemu- drukowanymi literami i z tłustym wykrzyknikiem na końcu. W tle leci jakaś odjechana piosenka indie rockowa, kolory stają się bardziej pomarańczowe i ktokolwiek to obserwuje, zaczyna mimo woli nawet się uśmiechać.

Na przykład- czekałam aż pójdę na studia (wtedy to się będzie działo!). Podczas studiów, kiedy faktycznie „się działo”, ale to „dzianie” było ograniczane przez wszelkiego rodzaju blokady (a to kolokwium, wykład o nieziemskiej godzinie, czy tam dwie obrony jedna po drugiej), często mówiłam sobie- niech no ja tylko skończę studia! Znajdę pracę i będzie się działo!

No i znalazłam pracę. I prawie co rano idę do pracy, wracam z niej do pięknego mieszkania i w dalszym ciągu nie dzieje się nic. Nie ma muzyczki. Nie ma pomarańczu. Tylko, że tym razem, nie mam już za bardzo na co czekać. To znaczy, wkroczyłam w tę niepokojącą fazę życia, kiedy następnym punktem na liście jest emerytura. A dzięki naszym wspaniałym rządzącym, ta przyjdzie dopiero w wieku lat 67 (co wydaje się niemożliwą datą, zważywszy na to, że nigdy nie cieszyłam się zbytnią żywotnością).

Może to kwestia tego, że nasiąkłam popkulturą już tak bardzo, że jeśli nie gra mi muzyczka nie jestem w stanie nastroić się na „dzianie się”. Nie wiem.

Ale czuję tak jakoś w samym swoim środku, że każdy człowiek jest taki głodny życia i przygód, dopóki nie nastąpi pewien moment. Niektórych spotyka to szybko, inni trochę z tym walczą, sporadycznie wychodząc do kina czy na na spacer, ale jeśli tylko przestaną się starać, dopadnie i ich.

Co to za moment?

To ta chwila, kiedy o jeden raz za dużo po pracy walnęliśmy się do łóżka nie robiąc już nic innego. To te parę minut, kiedy zdamy sobie sprawę, że tak naprawdę nic strasznego się nie stanie, jeśli nie napiszemy wielkiej powieści życia, nie zwiedzimy wszystkich krajów świata, albo nie odciśniemy się w inny wyraźny sposób na karcie historii. To takie poczucie, że w sumie to wszystko jedno, bo jutro i tak trzeba wstać i iść do pracy, której się nawet za bardzo nie lubi, ale trzeba do niej chodzić, bo jakoś żyć trzeba. To ten ułamek sekundy, gdy przestajemy widzieć możliwości, a nagle wszędzie wokół pełno jest powodów do marudzenia.

I najgorsze, że bardzo łatwo jest ten moment u siebie przegapić.

Nagle łapiesz się na tym, że nic się nie dzieje.

Jest jakoś tak… spokojnie.

Znajdujesz swój rytm, jakoś tam żyjesz z dnia na dzień.

Jakoś.

No dobra, to już ustaliliśmy- dorosłość śmierdzi.

To, żeby być młodym jak najdłużej, wszyscy-wszyscy słuchajmy Electric Feela i popychajmy się wzajemnie, żeby nie nastał ten moment i żeby się chciało jak najdłużej- tak. I żeby gdzieś znaleźć taki świat jak te chłopaki:

[jeej, jeden to mi tak przypomina kolegę z liceum, że nie mogę się nie uśmiechać na jego widok]

PS. Sprawdzałam te lyricsy chyba z 10 razy i oni faktycznie śpiewaja ooh girl shock me like an electric EEL

obrazek nagłówkowy jest z : http://hiphop.hypeeater.com/mgmt-electric-feel-download-music-video-lyrics/