Bo w tym cały jest ambaras żeby dwoje chciało na raz.

boys

Oglądaliśmy z M. ostatnio całkiem spoko film, który nie wiedzieć czemu dostał cholernie niskie oceny od oglądających (o tu na przykład albo tu)
Film zwie się Black Rock.

Trzy panie takie powiedzmy trzydzistoletnie, robią sobie małe spotkanie wspominkowe płynąc razem na wyspę z czasów dzieciństwa. Panie lubią się z różną intensywnością- ewidentnie w przeszłości wyniknął jakiś konflikt między dwiema z nich, no i co tu dużo mówić, nie przepadają za sobą. Na prośbę trzeciej towarzyszki, decydują się jednak chwilowo schować wojenny topór i jechać powspominać.

Filmowa fabuła bardzo szybko doprowadza do spotkania naszych bohaterek z innymi okupantami wyspy- jak się okazuje – znajomym pań również z dzieciństwa, oraz jego wesołymi koleżkami (oczywiście jest murzyn dla politycznej poprawności) . Aby równowaga została zachowana, mamy więc 3 panie i 3 panów – z doświadczenia wiem, że to idealna scena dla najróżniejszej natury konfliktów i ciekawości.

Twórcy filmu bardzo szybko ustanawiają atmosferę takiego właśnie wzajemnego wspominkowania. Robi się swojsko, bezpiecznie i znajomo. I cała ta wykreowana atmosfera bardzo nagle zaczyna przybierać zupełnie odwrotny wymiar. Jedno niefortunne zdarzenie doprowadza obie ekipy na granicę, i już bardzo wkrótce mamy klasyczny pojedynek boys vs. girls.

No i tak, można sobie zawsze ponarzekać:
– jest dość sztampowe zachowanie bohaterów,
– dialogi są liczne i wiele męskich serc na nich wymięknie (laseczki naprawdę nawijają równo)
– i tak można bez końca,

ale powiem Wam jedno- oglądam filmy zwykle późno wieczorem w łóżku i zwykle kończy się tak, że zasypiam i nic nie wiem z końcówki. Tutaj nie tylko nie zasnęłam, ale nawet nie było momentu klasycznego zamknięcia powieki.

i myśl do przemyślenia w związku z tym- czy nudne filmy z poczwórnym dnem mają jakąś większą wartość niż szybkie i trzymające w napięciu filmy akcji (takie wiecie, „jednorazowe”) Czy da się to ocenić?

Polecam anyway, a co.

Tu macie trailer:

A tu piosenkę z napisów końcowych:

Żeby się nie poddać, jak w Układzie Zamkniętym [2013]- wpis inspiracyjny

uklad zamkniety

W ramach nocy muzeów, w cenie jednego biletu do kina, drugi otrzymywało się gratis. I tak postanowiliśmy z M. i znajomymi zobaczyć sobie właśnie Układ Zamknięty Ryszarda Bugajskiego.

Tak sobie buszowałam w sieci w poszukiwaniu  recenzji i trzeba przyznać, że zdania (jak to zwykle przy kontrowersyjnych filmach) są bardzo podzielone.

A wiecie co? Mnie się ten film strasznie podoba! Jest dobrze nakręcony, fabuła trzyma człowieka w fotelu nawet po wypiciu litra coca coli, aktorzy grający są wspaniali (zarówno stara gwardia jak i świeżynki) i można sobie na tym filmie pięknie spędzić czas. Naprawdę polecam. Jest super!

Ale-ale, recenzja to wiadomo- można poczytać, można przyjąć i można zapomnieć. A co bym chciała, żebyście pamiętali i może jakoś zwrócili na to uwagę przy ewentualnym oglądaniu tego filmu. Świat jest taki pełen wszelkich kolców i barier i blokad i okropności, że trzeba-trzeba przyjąć je do wiadomości. Trzeba-trzeba sobie wypracować taki jakiś mechanizm obronny, takie jakieś parcie do przodu, wielką potrzebę przetrwania, wytrzymałość niesłychanych proporcji. Oczywiście, są rzeczy, których przetrwać naprawdę nie sposób (lub sposób bardzo ciężki) jak np. gwałt i pobicie podczas niezasłużonego pobytu w więzieniu, ale być może nie takie rzeczy będą Was blokować/spotykać tylko mniejsze, a te mniejsze to można myślę pokonać.

Dla inspiracji, zawsze wspaniały TED.

Filmik o tym, że sukces odniosą Ci wytrwali i zainspirowani i codziennie pracujący nad tym, czego chcą:

O tym, że warto czasami działać wbrew swej natury.

Notoryczna odbyła swój bardzo zasłużony urlop. Oszukana okrutnie przez los z długiego weekendu majowego, udało jej się stworzyć swoistą namiastkę tego w tym właśnie tygodniu, gdzie los łaskawie bardzo pozwolił wygrać cztery dni wolnego (courtesy of corpo matka) oraz bonus w postaci kilku dni dodatkowych (courtesy of L4 welcome to okropna wysypka). Ale nie o tym miało być.

M. zarządził, że koniecznie-koniecznie trzeba mi sprawić rower. On, pasjonat sportu, wielbiciel jednośladów, człowiek kochający powietrze i bycie na dworze, mogący praktycznie przebywać tylko tam,  postawił sobie za punkt honoru i misję życia nawrócić mnie na dobrą drogę życia na zewnątrz. Ja, stworzenie domowe, zwierz pokojowy, wielbicielka ekranów wszelakich, uzależniona od internetu i radosnego promieniowania Toszibki, marszcząca się pod wpływem większej ilości naturalnego światła i natury, nigdy jakoś szczególnie nie czułam do roweru pociągu (na studiach nawet miałam swoisty LĘK przed tym pojazdem) I tak jakoś wyszło, że za namową bardzo cierpliwego i wytrwałego M. zakupiłam sobie takowe ustrojstwo z Czeladzi. I powiem Wam, naprawdę Wam powiem, że czasem warto robić rzeczy wbrew sobie. I do jakiejś takiej rzeczy Was zachęcam. Zróbcie coś, na co namawia Was usilnie Wasz najdroższy druch/kochanek. I dare you!

Panie i Panowie, oto i on.

Rower Julian w całej okazałości.

20130514_135309

rowerowo

I było warto. Ale o tym w następnych odcinkach.