Rumuńska wyprawa 2013 [odc. 3] – Bukareszt!

bukareszt mix

Pierwsze trzy dni naszej Rumuńskiej wycieczki spędziłyśmy w Bukareszcie. Trzeba przyznać, że właśnie taki czas wydaje się być optymalny, by zapoznać się z miastem i z czystym sumieniem jechać dalej.

Naszwa miasta pochodzi podobno od Bucura, pasterza- założyciela pierwszej osady w miejscu dzisiejszej metropolii. Bucur, podczas jednej ze swoich wędrówek, dotarł do miejsca wprost  idealnego do życia- piękne, żyzne ziemie, rzeka, drzewa i wszystko o czym pasterz i jego trzoda może marzyć- to właśnie skłoniło go do założenia tam osady. Wkrótce dołączyli do niego inni ludzie i tak jedno z najpiękniejszych europejskich miast znalazło swój początek.

W języku rumuńskim słowo bucurie, od którego nawa pasterza i miasta pochodzi, oznacza radość. Nic więc dziwnego, że jego mieszkańcy uśmiechają się szeroko, są przyjaźni i pomocni, a jego uliczki tętnią życiem i śmiechem do późnych godzin nocnych (lub też wczesnych godzin porannych). Podobno latem, w okresie wakacji dochodzi nawet do tego, że te same piękne uliczki są zakorkowane tłumami młodych ludzi, którzy korzystają z lata w mieście. Nasz Bukaresztański gospodarz Serji opowiedział nam prawdziwą historię, jak jedna z głównych uliczek była dosłownie nie do przejścia- tyle ludzi zgromadziło się w knajpkach i ich okolicach.

Pierwszego dnia naszej wyprawy postanowiłyśmy zrobić sobie taką trochę ogólną wycieczkę poglądową. I powiem Wam, jest to bardzo dobry pomysł, szczególnie jeśli planujecie wziąć udział w darmowej wycieczce oferowanej przez ochotników z miasta-:semiluna

My tak zrobiłyśmy i był to strzał w dziesiątkę – Guided Bucharest przeprowadza zwiedzanie wąskimi uliczkami, prowadząc do bardziej historycznych zabytków. Idąc szlakiem głównych placy, możecie zyskać jako taką znajomość rozkładu miasta i szybko nauczyć się orientować w terenie. Ponadto, taki szlak jak przeszłyśmy pierwszego dnia da Wam wyobrażenie o tym, jak duże to miasto

Szybka mapka

mapa bukareszt

1) Zwiedzanie Bukaresztu dobrze zacząć od Piata Uniri- głównego placu miasta, który dzięki swojemu położeniu stanowi idealną bazę wypadową w inne jego części. To właśnie na tym placu można wsiąść na 3 z 4 linii metra miasta.

Nim ruszymy w drogę, warto zatrzymać się przy jednej z przydrożnych cukierenko- piekarenek. O tym że bardzo warto- przekonacie się już po kilku minutach patrzenia się na Bukareszt- co druga osoba w godzinach porannych zajada się słodkościami z takiego właśnie miejsca: DSC00145

My polecamy takie oto słodkie placuszki- w środku ciepła, gęsta czekolada, wyścielająca buzię od środka niczym najwygodniejszy atłas. Samo ciastko miało konsystencję nieco pączkowatą. Bardzo bym chciała zajadać takie coś w pracy (moje biodra natomiast- NIE.)

SONY DSC

Ale wróćmy do wycieczki

Łatwo rozpoznać plac Uniri, bo znajduje się na nim monstrualne shopping center Unirea (to na zdjęciu jest właśnie). Zaintrygowane gigantyczną reklamą Stradivariusa, postanowiłyśmy odwiedzić jego progi. Po przejściu całego centrum zauważyłyśmy tylko fototapetę sklepu (?) Tajemnica wyjaśniła się u naszych gospodarzy- niestety zamknięto sklep jakieś dwa tygodnie wcześniej. Gigantyczna reklama świeci jednak 24/7 bez względu na brak faktycznego miejsca do zrobienia zakupów.

DSC00136a

Piata Uniri

Nasz spacer postanowiłyśmy zacząć od pałacu parlamentu. Przygotuj się jednak wędrowcze! Choć obiekt ten na mapie odnaleźć bardzo prosto, szukanie go na żywo może przysporzyć nie lada problemów. Choć to jeden z największych budynków administracyjnych na świecie, wysokie komunistyczne bloki bardzo skutecznie przysłaniają go z centrum. Bez kitu- szukałyśmy go dobre 30 minut. Przechodnie pytani o „parliment” wzruszali tylko ramionami i tak, musiałyśmy się trochę tutaj napocić.

2. Najpiękniejsza trasa do pałacu (znaleziona przez nas zupełnym przypadkiem podczas długiego procesu szukania tego budynku) to z pewnością Bulwar Jedności

SONY DSC

B-rd Uniri

Trzeba po prostu trzymać się zielonego deptaku, a dojdzie się do pałacu. Widoczki tam są naprawdę urokliwe, a budynki ciekawe:

DSC00151

piękne okna na Bulwarze Jedności

3. Pałac Parlamentu to największy budynek publiczny na świecie. Najdroższy budynek administracji publicznej na świecie. Najcięższy budynek na świecie. Wielość naj.

Jego budowa wymagała przesiedlenia około 40 000 ludzi, dlatego mało kto w Bukareszcie lubi ten budynek. Łączna powierzchnia zabudowy wynosi 65 tysięcy m². Budynek podzielony jest na 3 części, każda z nich różni się przeznaczeniem. Pałac posiada około 1100 pomieszczeń, w 440 z nich mieszczą się biura, ponadto znajduje się tu 30 wielofunkcyjnych sal. Obecnie dla zwiedzających udostępniane jest jakieś 5% pałacu. Największa jego część wciąż pozostaje tajemnicą. Nie mówiąc o tym, co znajduje się pod ziemią… Podziemne tunele podobno łączą ten budynek z najważniejszymi punktami miasta.

Pierwszą osobą której przypadł zaszczyt wygłoszenia mowy z balkonu pałacu był Michael Jackson. Gwiazda stanęła na wysokości zadania, witając zgromadzonych przed pałacem ludzi epickim tekstem ” „Kocham was, mieszkańcy Budapesztu!”

DSC00157

Pałac Parlamentu

Zaglądanie do środka niestety przekroczyło nasz budżet, ale dla chętnych galeria zdjęć pod tym adresem

4. W drodze powrotnej do centrum idźcie sobie wzdłuż Dymbowicy. Rozciąga się tam nieziemski widok :

SONY DSC

rzeka Dymbowica

Nazwa rzeki najprawdopodobniej wiąże się z porastającymi te tereny niegdyś dębami. Co ciekawe, rzeka przez wiele lat była źródłem wody pitnej dla mieszkańców miasta. W osiemnastym wieku straciła swoje właściwości. Wraz z wzrostem populacji miasta, wzrosło też jego ogólne zanieczyszczenie… Rzeka zaczęła po prostu śmierdzieć. Obecnie stan wody jest dużo lepszy, jednak miejscowi w dalszym ciągu nie radzą jej pić…

Kiedy dotrzecie znów do Piata Uniri, tym razem kierujmy się na północ, w stronę reszty placów miasta. Droga jest dość długa, dlatego koniecznie wyposażamy się w dobre buciki. Preferowane- nie obcierające i wygodne.

Kolejne punkty na naszej mapie to kolejno:

5. Piata Universitati– tutaj w przejściu podziemnym są rozmaite sklepiki kuszące naprawdę fajnymi okazjami. Najlepszy zakup wycieczki to zdecydowanie okulary słoneczne za 10 lei (czyli jakieś 10 złotych) . Naprawdę zacny zakup, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę stan zakupu po dokładnie 10 minutach od dokonania transakcji:

SONY DSC

Mimo wszystko, zakup uważamy za udany…

6. Piata Romana- to takie miejsce, ze dochodzisz tutaj, i myślisz sobie- tak, to będzie już ostatni plac… a potem zdajesz sobie sprawę, że wcale nie i trzeba iść dalej :) SONY DSC
Tutaj jak przejdziecie sobie przez ulicę i pójdziecie dalej uliczką w stronę Placu zwycięstwa, możecie zdobyć dostęp do tajemnej wiedzy, która tak naprawdę od lat była przemilczana lub wręcz przeinaczana. Nie trzeba nawet szukać tej wiedzy, znajduje nas sama, bijąc z mijanych budynków:

DSC00190

7. Nasz główny cel! Piata Victoriei, plac Zwycięstwa, jedno z najbardziej robiących wrażenie miejsce w mieście. Duża przestrzeń, pełno aut, pełno dużych budynków i przejść dla pieszych. Kiedy tutaj dotrzesz wędrowcze, poczujesz właśnie aurę zwycięstwa- z jednej strony tego historycznego, które bije z mijanej architektury i twarzy mieszkańców, a z drugiej- z własnego serduszka, że udało Ci się zadeptać tak daleko.

SONY DSC

I jak już zajdziesz tak daleko, radzę Ci zrobić tak jak my zrobiłyśmy- idź do metra, wsiądź w niebieską linię do stacji Aviatorilor i idź wypocząć do parku!

Bukareszt ma naprawdę dużo naprawdę genialnych parków, wprost stworzonych do drzemek i oddechu:

SONY DSC

Herăstrău Park

Warto posilić się właśnie w tym miejscu- wędrówka tutaj trwała tak długo, że kiszki same będą domagać się żarełka

SONY DSC

A po jedzeniu, trzeba się czegoś napić:

SONY DSC

No i teraz z czystym sumieniem można podziwiać widoczki

SONY DSC

Alternatywnie można metrem pojechać w dół i odwiedzić Lacul Tineretului:

generalnie bardzo warto Bukareszt. Oj warto.

Postulat letni: jeźdźmy na rowerze!

Danny MacAskill na rowerze:)

Pamiętacie może, że kupiłam sobie jakiś czas temu rower? Nigdy nie byłam bardzo przekonana do tego środka transportu, dopóki ktoś, nie pokazał mi, jakie to może być przyjemne. No i wpadłam, Julian (bo tak się mój rower nazywa) na zawsze wkupił się w moje łaski.

I z tej okazji dziś kilka filmików inspirujących do jeżdżenia.
Produkcje Red Bulla. Co jak co, jest to może marketing, ale powiem Wam, że reprezentuje takie wartości i robi to w taki sposób, że można mnie tak do marki przekonywać. Co więcej, czuję się wielce przekonana!

Indżoj:

Where the Trail Ends – Freeride MTB film teaser- polecam zobaczenie pełnego filmu! Naprawdę wbija w fotel

Danny MacAskill „Way Back Home”

Rumuńska wyprawa 2013 [odc. 2] – Dortmund + jak przeżyć przesiadkę w tym mieście

dortmund collage

Żeby tanio dolecieć do Rumunii moi drodzy, trzeba lecieć przez… Niemcy. Tak właśnie! Trochę to z dupy strony, bo jakby nie patrzeć jest prostsza droga:

trasa 1

ale cóż… Wizzair i tanie latanie rządzą się swoimi prawami. I tak moi drodzy nie ma możlwiości bezpośrednio dolecieć sobie z Polski do Rumunii. Trzeba lecieć właśnie przez Niemcy (lub też bardziej odległe państwa).

Nasza trasa wyglądała więc bardziej w ten sposób: trasa 2

Naszym największym i jednocześnie najbardziej niepokojącym problemem był… rozmiar plecaka. Wyprawa 10 dniowa, jesteśmy dziewczynkami, jest lato, chce się wyglądać i do tego trzeba zabrać całą masę sprzędu foto/ video…

bagaze

Powiem Wam, że człowiek doprowadzony do ostateczności, naprawdę podejmuje bardzo dramatyczne decyzje. A w takim położeniu zdecydowanie byłyśmy, mając w głowie tylko te trzy zupełnie nic nam nie mówiące wymiary: 42x32x25 cm (no proszę! jestem dziewczynką, nie myślę absolutnie numerkami!).

W naszym wypadku ostateczne wybory zamknęły się w odpowiedzi na następujące pytania:
– ile par majtek TAK NAPRAWDĘ potrzebuję?
– czy możemy spać pod jednym śpiworem?
– nie, nie potrzeba nam torebki na miasto.. prawda?
i choć niektóre z tych decyzji okazały się bardzo słuszne (jeden śpiwór na dwie dobrze się znające osoby w lecie jest do zaakceptowania) inne miały swoje echo w trakcie wyprawy (i tak całą wyprawę nasze przewodniki, kurtki i jedzenie nosiłyśmy w szpetnej zakupowej taszy pożyczonej od naszej bukaresztańskiej gospodyni. Tasza ta (o zgrozo!) jest na większości naszych zdjęć:

tasza

Koniec- końców udało nam się przejść kontrolę i wejść na pokład samolotu. Udało się nam też odlecieć i przylecieć bez problemu. I wtedy zdarzył się Dortmund.

DORTMUND! 

Miałyśmy pewne wyobrażenie jak pięknie zajmiemy się zwiedzaniem miasteczka (czekałyśmy na drugi lot ok. 6h, jest to więc przedział czasu, który można śmiało nazwać kupą). Nie przewidziałyśmy jednak, że Niemcy są szpetne, a Dortmund nas znienawidzi. Nie sprawdzałyśmy za bardzo dojazdu z lotniska, ponieważ miał nas odebrać couchsurffingowiec Joe, ale niestety pomyliły mu się miesiące…. I tak pozostałyśmy sam na sam z Dortmundem.

Pierwsza okropność Dortmundu. 

Jak na port lotniczy dość wielkiej wagi, często przesiadkowy, czasem docelowy, za cholerę nie ma tam dobrych oznaczeń. Ja wiem że z A. nie należymy do najbystrzejszej gromady jeżeli chodzi o kierunki i mapy, ale come on! żeby musieć się pocić przy szukaniu WYJŚCIA z lotniska? Odnalezienie „bus stopu” graniczy tam prawie z cudem. Niby są jakieś oznaczenia, ale w pewnym momencie prowadzą do… ściany. Kończy się budynek po prostu. Koniec-końców wyszłyśmy z dupy strony, gdzieś od strony parkingu (nie tylko my nota bene, wycieczka zagubionych polaków liczyła istot niespełna 5)

Znalazłyśmy w końcu przystanek autobusowy. Opcji tam wiele. Którą wybrać? Mapa przystanków nigdzie nie miała napisanego „Dortmund miasto”. Krążyłyśmy od stanowiska do stanowiska szukając jakiegoś ludzkiego oznaczenia, czegoś takiego wiecie- czlowieku! chcesz jechać do miasta, wsiądź sobie w bus x. Nic z tych rzeczy.

Druga okropność Dortmundu.

Jak0 niewiasty zaradne, postanowiłyśmy po prostu zapytać się kogoś. Wszak Unia, wszyscy jesteśmy braćmi, a że lotnisko, to nadzieja na wsparcie braci podróżników trochę się nas trzymała. Pierwsze zdumienie- Nikt nie mówi po angielsku. Nawet ociupinkę.  Naprawdę. Żaden kierowca, nikt.

No i wiecie co, ok- jestem w Niemczech, mogą ludziki nie mówić po angielsku, ale żeby wykazali choć ksztynę takiego międzyludzkiego ciepła i chęci pomocy…. W Rumunii to każdy nie znający angielskiego człowieczek osobiście wsadzi Cię do busu którym masz dojechać. A tutaj? Kierowca jednego busa burknął że napewno nie mamy jechać z nim, pytamy innego, czy dowiezie nas na dworzec w dortmundzie, to z łaskawością odrzekł, że „banhof jaa” i kazał wsiadać.

No i dobra. Zapłaciłyśmy jegomościowi 3 euro od głowy. Pan przejechał jedną ulicę i… wysiadka! ostatni przystanek! Pełne konsternacji wysiadłyśmy z busa… a tutaj…. może nie banhof, ale jakaś tam stacja…

dworzec

3 euro za pięciominutową przejażdżkę do miejsca w którym wiatr hula po ulicach to trochę za dużo.

Postanowiłyśmy jednak nie tracić ducha. Udałyśmy się prosto do supermarketu po jakiś lekki i przyjemny trunek, następnie znalazłyśmy bardzo urokliwy parczek gdzie położyłyśmy się na trawce. Popijając winko oddałyśmy błogim marzeniom sennym…

Trzecia okropmność Dortmundu (i okolic) 

i tutaj miasto postanowiło przepuścić frontalny atak na nasze osoby, dając do zrozumienia, że nasza obecność nie będzie tolerowana ani chwili dłużej… I tak po przebudzeniu odkryłyśmy, że miejscowe ptaszki użądziły sobie z nas… TOALETĘ. Do tego ostre słońce niektórym (czyli mnie) zgotowało ogromny ból głowy.

Postanowiłyśmy pieszo powrócić na lotnisko. Okazało się, że odległość warta przewozu za 3 euro pokonałyśmy w 15 minut. No i znalazłyśmy po drodze mcdonalda, więc przynajmniej miałyśmy gdzie się oczyścić.

Ostateczna okropność Dortmundu

I na koniec, chciałam sobie popić tabletkę jakimś piciem. Poszłyśmy na stację przed lotniskiem po jakieś picie w puszce. Oczywiście wszystko mega drogie, ale znalazłam jakąś jedną jedyną puszkę w promocji za 1 euro. No to biorę!

Oczywiście przy kasie okazało się, że nasz jeden euro, to w istocie euro dwadzieścia pięć. Na nasze pełne zdumienia i buntu miny pan kasujący odpowiedział tylko lakonicznie:

– fant.

W znaczeniu chyba, że za magiczną cenę była Fanta, ale tak naprawdę w tym momencie mógł po prostu powiedzieć „dortmund” i byłoby to wystarczające wyjaśnienie.

fant

Powiem Wam, że z prawdziwą ulgą opuszczałam to miejsce.

a dla Was, poradnik przetrwania, jeśli kiedyś będzie Wam dane tam się przesiadać: PORADNIK

… w następnym odcinku: Bukareszt!

 

Byłyśmy w Rumunii! [odc. 1]

rumunia collage

Przed wyjazdem, kiedy mówiłyśmy komukolwiek, że jedziemy do Rumunii, pierwszą reakcją zwykle było „uważajcie tam na siebie”. Tak jakby to dziwne miejsce na mapie położone było po złej stronie południka, jakby jadąc tam czekało na nas wielkie niebezpieczeństwo, o którym wszyscy (jak się okazuje oprócz nas) zostali poinformowani. Dwie dziewczynki w Rumunii, chcące jeszcze do tego podróżować AUTOSTOPEM i spać u ludzi!! to już zbyt wiele:

romania

No i pojechałyśmy. Najpierw do Dortmundu (tam Wizzair nam zgotował przesiadkę) a potem już do Rumunii. I powiem Wam, że o wiele gorsze przyjęcie zgotowali nam niemieccy sąsiedzi. Kiedy opuszczałyśmy Dortmund nie dało się nie oddetchnąć z ulgą. I od momentu pojawienia się w Rumunii było tylko fajniej, milej, sympatyczniej. Ale o tym szerzej w kolejnych notkach- relacji z wyjazdu. Na dziś słowem wstępu kilka słów o wyprawie.

kto pojechał: ja i moja przyjaciółka A.

transport? tam samolotem, po kraju poruszałyśmy się 1) stopem 2)busikami 3) nogami 4) łódkami

spanie? w całości udało nam się spać u couchsurffingowców. Dzięki temu zaoszczędziłyśmy naprawdę sporo.

czemu tam? Jakieś dwa lata temu udało nam się pojechać na naprawdę fantastyczną wyprawę po Bałkanach. Nie zwiedziliśmy jednak Rumunii i Bułgarii, dlatego pozostał nam pewien niedosyt. I stąd wielka chęć pojechania właśnie tam. Słyszałyśmy też bardzo dużo o tym kraju no i jakoś tak nas tam ciągnęło już od jakiegoś czasu.

gdzie byłyśmy? Poniżej mini mapka naszej wyprawy. Zwiedzałyśmy w odcinkach, tak też chciałabym opisać to wszystko w kolejnych notkach:

romania 2

dzien 1: Dortmund (samolot)
dzień 1-2-3-4: Bukareszt (autostop)
dzień 4-5-6: Sulina (łódka i busik)
dzień 6-7-8: Braszów (autostop)
dzień 8: Sighisoara (autostop)
dzień 8-9-10: Targu Mures (samolot)
dzień 10:  Dortmund once again

koszt? Wraz z lotem wyniosło nas to ok. 1000- 1100 zł na głowę (wliczając w to koszty dużej ilości piwa oraz pamiątek)

Sam transport do/z Rumunii wyniósł nas 350 zł. Podróże łódkami (których nie dało się uniknąć) kosztowały nas ok. 150 zł. Jeden transport busikiem – jakieś 60 zł.

to be continued…