Rumuńska wyprawa 2013 [odc. 2] – Dortmund + jak przeżyć przesiadkę w tym mieście

dortmund collage

Żeby tanio dolecieć do Rumunii moi drodzy, trzeba lecieć przez… Niemcy. Tak właśnie! Trochę to z dupy strony, bo jakby nie patrzeć jest prostsza droga:

trasa 1

ale cóż… Wizzair i tanie latanie rządzą się swoimi prawami. I tak moi drodzy nie ma możlwiości bezpośrednio dolecieć sobie z Polski do Rumunii. Trzeba lecieć właśnie przez Niemcy (lub też bardziej odległe państwa).

Nasza trasa wyglądała więc bardziej w ten sposób: trasa 2

Naszym największym i jednocześnie najbardziej niepokojącym problemem był… rozmiar plecaka. Wyprawa 10 dniowa, jesteśmy dziewczynkami, jest lato, chce się wyglądać i do tego trzeba zabrać całą masę sprzędu foto/ video…

bagaze

Powiem Wam, że człowiek doprowadzony do ostateczności, naprawdę podejmuje bardzo dramatyczne decyzje. A w takim położeniu zdecydowanie byłyśmy, mając w głowie tylko te trzy zupełnie nic nam nie mówiące wymiary: 42x32x25 cm (no proszę! jestem dziewczynką, nie myślę absolutnie numerkami!).

W naszym wypadku ostateczne wybory zamknęły się w odpowiedzi na następujące pytania:
– ile par majtek TAK NAPRAWDĘ potrzebuję?
– czy możemy spać pod jednym śpiworem?
– nie, nie potrzeba nam torebki na miasto.. prawda?
i choć niektóre z tych decyzji okazały się bardzo słuszne (jeden śpiwór na dwie dobrze się znające osoby w lecie jest do zaakceptowania) inne miały swoje echo w trakcie wyprawy (i tak całą wyprawę nasze przewodniki, kurtki i jedzenie nosiłyśmy w szpetnej zakupowej taszy pożyczonej od naszej bukaresztańskiej gospodyni. Tasza ta (o zgrozo!) jest na większości naszych zdjęć:

tasza

Koniec- końców udało nam się przejść kontrolę i wejść na pokład samolotu. Udało się nam też odlecieć i przylecieć bez problemu. I wtedy zdarzył się Dortmund.

DORTMUND! 

Miałyśmy pewne wyobrażenie jak pięknie zajmiemy się zwiedzaniem miasteczka (czekałyśmy na drugi lot ok. 6h, jest to więc przedział czasu, który można śmiało nazwać kupą). Nie przewidziałyśmy jednak, że Niemcy są szpetne, a Dortmund nas znienawidzi. Nie sprawdzałyśmy za bardzo dojazdu z lotniska, ponieważ miał nas odebrać couchsurffingowiec Joe, ale niestety pomyliły mu się miesiące…. I tak pozostałyśmy sam na sam z Dortmundem.

Pierwsza okropność Dortmundu. 

Jak na port lotniczy dość wielkiej wagi, często przesiadkowy, czasem docelowy, za cholerę nie ma tam dobrych oznaczeń. Ja wiem że z A. nie należymy do najbystrzejszej gromady jeżeli chodzi o kierunki i mapy, ale come on! żeby musieć się pocić przy szukaniu WYJŚCIA z lotniska? Odnalezienie „bus stopu” graniczy tam prawie z cudem. Niby są jakieś oznaczenia, ale w pewnym momencie prowadzą do… ściany. Kończy się budynek po prostu. Koniec-końców wyszłyśmy z dupy strony, gdzieś od strony parkingu (nie tylko my nota bene, wycieczka zagubionych polaków liczyła istot niespełna 5)

Znalazłyśmy w końcu przystanek autobusowy. Opcji tam wiele. Którą wybrać? Mapa przystanków nigdzie nie miała napisanego „Dortmund miasto”. Krążyłyśmy od stanowiska do stanowiska szukając jakiegoś ludzkiego oznaczenia, czegoś takiego wiecie- czlowieku! chcesz jechać do miasta, wsiądź sobie w bus x. Nic z tych rzeczy.

Druga okropność Dortmundu.

Jak0 niewiasty zaradne, postanowiłyśmy po prostu zapytać się kogoś. Wszak Unia, wszyscy jesteśmy braćmi, a że lotnisko, to nadzieja na wsparcie braci podróżników trochę się nas trzymała. Pierwsze zdumienie- Nikt nie mówi po angielsku. Nawet ociupinkę.  Naprawdę. Żaden kierowca, nikt.

No i wiecie co, ok- jestem w Niemczech, mogą ludziki nie mówić po angielsku, ale żeby wykazali choć ksztynę takiego międzyludzkiego ciepła i chęci pomocy…. W Rumunii to każdy nie znający angielskiego człowieczek osobiście wsadzi Cię do busu którym masz dojechać. A tutaj? Kierowca jednego busa burknął że napewno nie mamy jechać z nim, pytamy innego, czy dowiezie nas na dworzec w dortmundzie, to z łaskawością odrzekł, że „banhof jaa” i kazał wsiadać.

No i dobra. Zapłaciłyśmy jegomościowi 3 euro od głowy. Pan przejechał jedną ulicę i… wysiadka! ostatni przystanek! Pełne konsternacji wysiadłyśmy z busa… a tutaj…. może nie banhof, ale jakaś tam stacja…

dworzec

3 euro za pięciominutową przejażdżkę do miejsca w którym wiatr hula po ulicach to trochę za dużo.

Postanowiłyśmy jednak nie tracić ducha. Udałyśmy się prosto do supermarketu po jakiś lekki i przyjemny trunek, następnie znalazłyśmy bardzo urokliwy parczek gdzie położyłyśmy się na trawce. Popijając winko oddałyśmy błogim marzeniom sennym…

Trzecia okropmność Dortmundu (i okolic) 

i tutaj miasto postanowiło przepuścić frontalny atak na nasze osoby, dając do zrozumienia, że nasza obecność nie będzie tolerowana ani chwili dłużej… I tak po przebudzeniu odkryłyśmy, że miejscowe ptaszki użądziły sobie z nas… TOALETĘ. Do tego ostre słońce niektórym (czyli mnie) zgotowało ogromny ból głowy.

Postanowiłyśmy pieszo powrócić na lotnisko. Okazało się, że odległość warta przewozu za 3 euro pokonałyśmy w 15 minut. No i znalazłyśmy po drodze mcdonalda, więc przynajmniej miałyśmy gdzie się oczyścić.

Ostateczna okropność Dortmundu

I na koniec, chciałam sobie popić tabletkę jakimś piciem. Poszłyśmy na stację przed lotniskiem po jakieś picie w puszce. Oczywiście wszystko mega drogie, ale znalazłam jakąś jedną jedyną puszkę w promocji za 1 euro. No to biorę!

Oczywiście przy kasie okazało się, że nasz jeden euro, to w istocie euro dwadzieścia pięć. Na nasze pełne zdumienia i buntu miny pan kasujący odpowiedział tylko lakonicznie:

– fant.

W znaczeniu chyba, że za magiczną cenę była Fanta, ale tak naprawdę w tym momencie mógł po prostu powiedzieć „dortmund” i byłoby to wystarczające wyjaśnienie.

fant

Powiem Wam, że z prawdziwą ulgą opuszczałam to miejsce.

a dla Was, poradnik przetrwania, jeśli kiedyś będzie Wam dane tam się przesiadać: PORADNIK

… w następnym odcinku: Bukareszt!

 

Advertisements

3 thoughts on “Rumuńska wyprawa 2013 [odc. 2] – Dortmund + jak przeżyć przesiadkę w tym mieście

  1. K. pisze:

    Hahaha :D Nie mogę powstrzymać się od komentarza. :) Jako prawie roczna mieszkanka tego miasta muszę przyznać, że nie należy do najpiękniejszych na świecie, ale muszę stanąć w jego obronie.

    Po pierwsze – z lotniska jeszcze dwa lata temu była specjalna linia autobusów jeżdżących do centrum pod Hauptbahnhoff (dworzec główny – słowo klucz:) ). Jak wysiadłyście na przystanku to można było metrem (bo o ile dobrze pamięta m, to jest to stacja U-Bahn) podjechać kilka stacji na tym samym bilecie i szybko sprawnie też byłybyście w centrum, gdzie zamiast ptaków są króliki :)

    Po drugie, historia, która mnie rozbawiła to Wasze picie :D W Niemczech proekologicznie zbiera się butelki plastykowe i puszki. Dlatego 0,25 centów to „PFAND” – czyli kaucja (nie, nie Fanta objęta promocją :D ). Po wypiciu mogłaś wrzucić puszkę w odpowiednie miejsce gdzie automat wyplułby Ci rachunek ze zniżką na 0,25 centów przy następnych zakupach lub po oddaniu w kasie pani zwróciłaby Ci pieniądze :) :):)

    Ale wesoło :)

    I na koniec modyfikuję radę: Przed wyjazdem trza się zapytać, jeżeli znasz kogoś, kto zna miasto, gdzie będziesz :)

    Buzi!

    • asio pisze:

      O MÓJ BOŻE ten pfand to mnie zabił teraz:) tak absolutnie:) naprawdę:)
      Tak jak rzekłam- miał nas oprowadzać Pan mieszkaniec, stąd też nasze marne przygotowanie do wycieczki w tym miejscu… ale pfanda zapamiętam po wsze czasy:P

  2. bandyta pisze:

    Co by nie było – fajnie odwiedzać nowe miejsca, zachwycać się, podziwiać, czasem wkurzać, doświadczać, smakować i sprawdzać swoje granice wytrzymałości (np. ciężaru ptasich odchodów:P).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s